Wspaniale, genialnie – to za mało - 18 listopada 2013

Trzech dyrygentów podczas jednego koncertu, do tego dwóch solistów i orkiestra – Festiwal Krzysztofa Pendereckiego postanowił gościć jak najwięcej znaczących na świecie artystów, którzy uświetnią prze ten tydzień jubileusz 80. urodzin kompozytora. Wczorajszy koncert dowodzi, że to świetny zamysł.
Pierwszy festiwalowy koncert w Filharmonii Narodowej otworzył znakomity estoński dyrygent Andres Mustonen, prowadząc orkiestrę Sinfonia Varsovia. Plastyczne, pełne energii ruchy Mustonena są niczym taniec i natychmiast porywają wpatrzonych weń muzyków. Wielką przyjemnością było więc śledzenie artystów wykonujących jedno z najpiękniejszych kameralnych dzieł Pendereckiego - napisaną pod koniec XX wieku Sinfoniettę per archi. Mustonen i Sinfonia Varsovia stworzyli interpretację wspaniałą. Mieniącą się kolorami, a przede wszystkim spójną i dynamiczną. Równie pięknie zabrzmiała w ich wykonaniu Sinfonietta nr 2, tu do zespołu dołączył włoski flecista Massimo Mercelli urzekając publiczność dźwiękiem śpiewnym, a jednocześnie trochę zadziornym i energicznym.
Po tej części na scenie pojawił się amerykański dyrygent Lawrence Foster, by wraz z warszawską orkiestrą wykonać II Koncert skrzypcowy „Metamorfozy”. Utwór powstał z myślą i dedykowany został wybitnej skrzypaczce Anne-Sophie Mutter, która jest niedoścignioną mistrzynią jego wykonań i interpretacji. Tym trudniejsze zadanie miał przed sobą litewski skrzypek Julian Rachlin, podejmując się jego wykonania. Czy przejął się gatunkowym i historycznym „obciążeniem”? Tego nie wiemy. Jedno natomiast jest pewne – Rachlin w pełni oddał się „Metamorfozom”. Zjednoczył się z każdą najdrobniejszą frazą dzieła, poświęcił się w pełni, a że jest skrzypkiem wybitnym, podziwiać mogliśmy prawdziwie mistrzowskie wykonanie. Drapieżne i liryczne, pełne ekstazy, chwilami zaś liryczne i subtelne. Foster kapitalnie zaś prowadził orkiestrę, która nie tylko mocno wspierała solistę, ale była też żywo reagującym na jego muzyczną narrację instrumentem.
W finale poniedziałkowego wieczoru czekało nas jeszcze spotkanie z wielkim mistrzem batuty Lorinem Maazelem, który poprowadził Sinfonię Varsovię w wykonaniu IV Symfonii
Krzysztofa Pendereckiego. Niepowtarzalnym doświadczeniem było obserwowanie i porównanie pracy tych trzech, jakże różnych dyrygentów. Największe różnice dzielą Maazela i Mustonena. Pierwszy z nich jest na scenie wulkanem energii. Maazel z kolei, który swe pierwsze doświadczenia dyrygenckie zdobywał już jako 8-letnie dziecko(!) prezentuje styl znacznie bardziej opanowany, w jego gestach brak ostrej dynamiki, nagłych ruchów. Doskonale wie, co chce osiągnąć, jakby w czytaniu partytury wyprzedzał ją swą wyobraźnią o co najmniej kilkadziesiąt taktów. Wie to także orkiestra. Chwilami wystarczy więc krótkie spojrzenie dyrygenta w stronę konkretnej grupy instrumentów czy solisty, a reszta dzieje się jakby samoistnie.
Z tą niezwykłą wyobraźnią i olbrzymim bagażem muzycznych doświadczeń Lorin Maazel powrócił po 24 latach do IV Symfonii Pendereckiego, którą prawykonał w Paryżu 1989 roku, kiedy powstała na zamówienie rządu francuskiego z okazji dwustulecia Rewolucji Francuskiej. Powiedzieć, że poprowadził ją wspaniale, genialnie, po mistrzowsku – to jakby nic nie powiedzieć. Maazel po raz kolejny dowiódł nam, słuchaczom, że muzyka Pendereckiego to nieskończony ogrom barw, dynamiki napięć i emocji.
Poniedziałkowy koncert jubileuszowego Festiwalu Krzysztofa Pendereckiego stanie się więc zapewne jednym z jego najwspanialszych wydarzeń. Fenomenalni dyrygenci, soliści i – nade wszystko - świetnie przygotowana do tego niełatwego przecież programu Sinfonia Varsovia. Orkiestra, która koncertując z niebywałą żarliwością i ekspresją, zdaje się właśnie przeżywać swą drugą młodość. Ich Sinfonietta per archi była jedną z najlepszych prezentacji tego dzieła, jakie słyszałem w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. To chyba największe objawienie tego wieczoru.
Tomasz Handzlik